Dom biały. T.1 (Kock Paul)
Strona 12
pilnuje się moralności, a choć ma kochanka, to tylko dla tego, że każda go mieć musi, i że gdyby nic miała, żartowanoby z niej, ze niema z kim pójść w Niedzielę na przechadzkę. Lecz, wciągu tygodnia, sama pani, trzyma w ryzie panienki i ręczy. za ich cnotę od ósmej rano, do dziewiątej wieczorem.
Wykaszlawszy się napróżno w uliczce, Robino namyślił się iść na górę, odnieść tekę, i zawinąć się koło ubrania. Wlecze się tedy przecz cztery piętra schodów brudnych i ciemnych, jakich jest niemało na ulicy Świętego Honorijusza; wchodzi do swojego mieszkania, składającego się z dwóch pokoików, z których pierwszy zastępuje przedpokój, garderobę i kuchnią, a drugi sypialnią, salon i pokój bawialny.
W pierwszym pełno gratów: drugi nieco ozdobniej urządzony, każda rzecz
ma swoje miejsce, wszystko w porządku, co jest rzeczą rzadką u kawalera.
Robino otworzył komodę, z jednej szuflady wyjmuje cały czarny garnitur odświętny, białe spodnie, i, o radości! — kamizelkę białą świeżuteńką. Wszystko to rozesłał na łóżku, przejrzał się z ukontentowaniem w zwierciedle nad kominem, a zwierciadło jak zwykle pokazało mu, twarz pękatą, małe czarne oczki, okrągły nos potężny, usta malutkie, czoło niskie, gęste blond włosy i zagryzione wargi. Panu Robino zdaje się to wszystko bardzo powabnem, uśmiecha się do siebie, robi miny, kłania się wdzięcznie, woła: — "Bardzo dobrze wyglądam! — a jak się ubiorę, będę mógł zrobić wielkie wrażenie."
Po kilku chwilach przeglądania się w zwierciedle powraca do komody, przerzuca we wszystkich szufladach do góry