Dom biały. T.1 (Kock Paul)
Strona 16
może dwadzieścia cztery, mocno rumiana, jasno blondynka, z oczyma na wierzchu głowy, niskiego wzrostu; lecz w ruchu znać jakąś pewność, która mocny charakter znamionuje; wziętoby ją nawet za odważną, gdyby nie nosiła spódnicy.
— "No coż tam, mój miły? co to za sposób tłuc talerze, żeby nas zobaczyć?.; Boże, mój Boże! co za zbytek! pannom się to bardzo podobało!..."
To mówiąc Franusia rzuca się na sofkę stojącą na przeciw łóżka i zajada wiśnie, które w chustce przyniosła.
— "Jeżeli myślisz, ze to mój wynalazek, to się bardzo mylisz ", odpowiada trochę zagniewany Robino;"to ten pisarek, nic mi nie mówiąc... Nie rzucajże mi pestek na pokój! bardzo proszę..."
— "Wielka rzecz, to się zamiecie — Mój Boże! miejże przecię uwagę, wolałżebyś, żebym je połykała narażając się na Bóg
wie jakie następstwa... nic prawdaż, mój mileńki?... Cóż to ci się siato, dzisiaj Raul.. spuściłeś nos na kwintę... czy masz jakie tajemne zgryzoty?..."
— "To, wcale niema z czego żartowaći śmiać się..."
— "Ale i ja też płakać niemam ochoty... Jeżeli chcesz żebym płakała, zagraj mi jaką scenę z melodrammy, naprzykład Pana Trugelę z Celiny... Jak się będziesz miał zabijać, to ci pestką wnoś rzucę...
—" Proszę, bardzo, Franusiu, nie bredź..." — "To chodźże tu, siądź koło mnie, mam ochotę cię uszczypnąć.... dziś radabym szczypać a szczypać" — "Ale ja do tych figlów nie mam wcale czasu..." — "Otoż to grzeczny kochanek, a pięknie..." — "Dziś idę na wieczór do
  mego najlepszego przyjaciela Alfreda dc Marsej, syna Barona de Marsej,... który ma sto tysięcy liwrów intraty."