Dom biały. T.1 (Kock Paul)
Strona 2
piery, pióra i ołówki, daleko porządniej niż zwykle młodzi ludzie, opyliwszy kapelusz i suknie, wziął pod pachę wielką tekę zielona, która zdaleka mogła na sekretarską wyglądać, i nadając swoje; twarzy wyraz dobroci i przyjemności, poszedł za tłumem cisnącym się do drzwi, kłaniając się na lewo i na prawo, witającym go towarzyszom, którzy doń uśmiechając się mówili: "Dzień dobry Robino!" (Robineau).
Pan Robino (gdyż jużeśmy sie dowiedzieli o jego nazwisku, uszedłszy ze sto kroków, nabrał cale innej miny. Nadął się, podniósł głowę do góry, przyśpieszył kroku z wymuszeniem, a miejsce dobrotliwego uśmiechu, zastąpiła mina zamyślona i wielkie okazująca zajęcie — przycisnął silniej zieloną tekę, spoglądając protekcjonalnie na przechodzących — słowem nie wyglądał na kancelistę
cego dochodu tysiąc pięćset franków, ale najmniej na Naczelnika bióra.
Jednakże, mimo tak pysznego chodu Robino szedł do skromnego traktijeru, gdzie za trzydzieści dwa su (sous) dawano obiad, który mu bardzo smakował, bo na lepszy nie wystarczało; w tem przynajmniej Robino miał rozum: przestawać na swojem, jest to jedyny sposób uszczęśliwienia; a że bogaci skarżą się bezustannie, uboższym wypada miarkować swoje żądania, żeby im było tego dosyć co mają. Lecz przebywając ogród Pale-Rojal, przez który trzeba iść było do restauratora, Robino zatrzymany został przez dwóch młodych ludzi wystrojonych, którzy śmiejąc się zastąpili mu drogę. Jeden z nich mogący mieć około lat dwódziestu czterech — był wzrostu wysokiego, szczupły i cokolwiek zgarbiony; jak zazwyczaj ludzie dobrego wzrostu, którzy nie służyli w woj-