Dom biały. T.1 (Kock Paul)
Strona 20
nie poszła. Zresztą, niejestem dumny; jestem filozof... dość mi tego co mam.. Ale żebym tylko jeszcze miał te jedwabne pończochy, byłbym nierównie szczęśliwszy. Niech no mi tylko przyjdzie zkąd bogactwo, a zobaczymy z jaką krwią zimną go przyjmę. Otożem się przecie i rozebrał, a Franusia nie wraca... a tu nie można zawiązać chustki, póki się nic obuję i nie ufryzuję, szczęściem, że to teraz Lipiec, nie dostanę kataru."
Dla zabicia czasu, Robino znudziwszy sobie chodzenie po pokoju, ubrany jak do rosołu, bierze gitarę. Ledwie zaczął drugą strofę piosnki Belizarijusz, kiedy śmiech mu ją przerywa. Franusia otworzywszy drzwi na roścież, weszła po cichu, i bierze się za boki widząc Belizarijusza w koszuli.
— "A! mój Boże, mój miły, jak ci to tak ładnie!" zawołała Franusia śmiejąc
się ciągle "wielką mam ochotę zwołać tu wszystkie panny, żeby się temu obrazowi przypatrzyły."
— "No! no, daj temu pokój, nie wołaj nikogo... nie pochlebiając sobie, zbudowany jestem, tak, że pewnoby się mnie niezlękły."
— "Wyglądasz jak Bachus."
— "No! a pończochy, moja droga."
— "Na, mój trubadurze, zdaje się że nie szpetne?"
Franusia rzuca na kolana panu Robino czarne pończoszki jedwabne; on je ogląda i woła: — "Ale to kobiece?" — "Naturalnie, bom je pożyczyła od Adeliny. "
— "Ale mężczyźni takich klinów a żur nie noszą."
— "Mężczyźni nie to noszą, a jednak tańcują." — "Ale..." — "Ale, ja innych dostać nie mogłam; i zdaje mi się, że z nich powinieneś być kontent."