Dom biały. T.1 (Kock Paul)
Strona 24
fosforycznego krzesiwa, bośmy nie uzbierały dostatecznej summy na kupienie go. nie umiejąc grosza oszczędzić. Postanowiłyśmy jednak sobie mieć koniecznie światło, a co do mnie, byłam gotowa zdjąć z ulicy rewerber, byle tylko dokończyć rozdziału. W tejto właśnie krytycznej chwili daty się słyszeć dźwięki twojej potłuczonej gitary i twój głosek miluchny... O! mój drogi! ani sobie wyobrażasz, jakie to na nas uczyniło wrażenie. Tyś nam był Orfeuszem, półbogiem!.... Jeszcze sic spać nic położył! wykrzyknęłyśmy wszystkie, i w moment wyskakuję z łóżka, kładnę spodnicę, ochronę niewinności; bo nie można Iak daleko posuwać chęci czytania, żeby się nago przechadzać — i biegę do drzwi twoich... Ale zaledwiem dała dwa kroki, czuję, że mię któś chwyta za rękę, a Jejmość, ona to bowiem czatowała u drzwi,
woła. — "A to to tak Waćpanny śpicie! radabym wiedzieć, która to z was mimo zakazu mego, waży się wychodzić z pokoju, pewno dla zapalenia świecy." Ja milczę; Jejmość woła Julii, żeby przyszła. ze świecą, ja się wyrywam, a gdy jejmość ode drzwi mi zastępuje, żebym wracać nie mogła, biegnę do jej mieszkania, gaszę świecę, i rzucam krzesiwo za okno... Tym sposobem jejmość się dowiedzieć nic mogła, kto wychodził, i że my większą część nocy szukałyśmy omackiem jedna drugiej... Jużem cię ufryzywała, mój drogi. — "Dzięki Bogu!... przypominam sobie wczorajszy hałas... Trzeba poczekać aż ostygną... Ta Franusia... to czysty djabeł!... Ale to nic nie szkodzi, kocham cię dla tego szczerze, i gdybym nawet stał się tak bogatym jak Alfred... otożbyto było !.. Zobaczylibyśmy... naprzód majątek nicby mie nie odmienił; tak. to śmie-
www.niepublikowany.pl