Dom biały. T.1 (Kock Paul)
Strona 25
sznie, udawać dumnego, niezależnego, dla tego, że w kieszeni jest więcej kilka sztuczek żółtych, niż u drugich!... czy to stanowi wartość człowieka?... pytam się ciebie — Franusiu ?..."
— "O już to pewno! że choćbyś miał milijony, nie zdumniejesz dla lego — oczy ci nie urosną."
— "Hum! figlarka! moje oczy i iak wystarcza do patrzania na ciebie..."
— "No! dosyć!... nie słyszałam nigdy żebyś co o tym Alfredzie wspominał, do którego idziesz dziś na wieczór."
— "Jestto jeszcze szkolny przyjaciel.... grywaliśmy dawniej z sobą — od niejakiego czasu jużeśmy się nie widzieli... on zawsze w koczu, lub konno — ja zawsze piechotą."
— "To zdrowiej..."
— "Otoż Alfred z całem swojem bogactwem, nudzi się. Widać że nic wie
z sobą zrobić... Nasycił się roskoszą; bo też to jest libertyn, birbant, człowiek który prawdziwie kochać nie umie. "
— "Jak na przyjaciela, nie złeś go odmalował"
— "Przyjaciela!... mówiłem ci przecie, że to znajomość szkolna,"
— "A czy ładny?"
— "Tak, niebrzydki;... rysy twarzy pospolite, zużywany, wymęczony..."
— "Ach ! poznajże mię z nim, proszę".
"Robino wstał nieukontentowany, i zdej-
muje przed zwierciadłem papiloty, mówiąc: — " Gdybym wiedział, mościapanno, że cię uszczęśliwić potrafi, zapewne — bym się nie wahał! Lecz wątpię, ażebyś znalazła u niego tę przyjaźń głęboką i szczerą, którą mam ku tobie..."
— "O mój Boże, jakże ty mnie dzisiaj ubóstwiasz!"
— "Dla tego że nic mam pojazdu, śmie-