Dom biały. T.1 (Kock Paul)
Strona 3
sku. Mimo tego chód jego lekki, a we wszystkich poruszeniach, maluje się pewien rodzaj zaniedbania oddychający prostotą i wesołością zachwycającą. Przyjemna twarzyczka, niebieskie oczy, blond włosy spadające na czoło wysokie i dumne, czynią go wcale przystojnym chłopcem, lecz bladość jego, cóś nakształt siniaków pod oczyma, a nawet wyraz twarzy, okazują że już użył życia, i postarzał uczuciami i roskoszą.
Towarzysz jego mniejszy jest wzrostem, rysy ma mniej regularne, ale piękniejszym jest podobno; czarne ma włosy, oczy choć ciemne maja jednak wyraz pociągającej słodyczy; głos jego i uśmiech dokończają tego, co oczy zaczęły. Nie przebija się w nim tyle wesołości, tyle żywości, ile w drugim, ale też nie zdaje się być już tak zużytym wszystkiemi przyjemnościami życia, jak on.
Na widok dwóch młodzieńców, Kancelista rozjaśnił czoło, ścisnął co prędzej rękę blondyna, wołając: "Eh! to Alfred de Marsej (Marcey), bardzom rad żeśmy się spotkali... i pan Edward!... zdrowie jak widać zawsze dobrze służy.... pewno na obiad, i ja także..."
Ten, którego Robino ciągle ściskał za rękę, i którego twarz szlachetna i pełna dowcipu, okazywała jednak trochę skłonności do żarła, spoglądał z uśmiechem na kancelarzystę — a w tym uśmiechu było trochę złośliwości, za którą możeby się kto uraźliwy rozgniewał, gdyby w ten moment nie zawołał otwarcie i wesoło:
— "Poczciwy Robino!... Cóż sie z tobą dzieje?... Mój przyjacielu, teraz jużtak wysokich kapelaszów nie noszą... eh fe! to jeszcze przeszłoroczne, ale to zapewne żebyś się wyższym wydawał ?... a poły!... aj! aj!". wyglądasz jak szla-