Dom biały. T.1 (Kock Paul)
Strona 30
dwóma jakiemiś dojrzałego wieku ichmościami, którzy rozmawiali w pokoju dzielącym salę tańców, od pokoju w którym grano.
"Jakże się zmienił! " rzekł jeden z rozmawiających, patrząc na pana de Marsej przechodzącego przez pokój.
— "Zmienił sie! kto taki?
— "De Marsej.
— "Tak ci się zdaje?...
— "Kochany Dolmoncie, gdybyześ go był-znał jak ja, przed dwódziestą pięcia laty!...
— "Tam do licha! lat dwadzieścia pięć! to nie fraszka, tobie się zdaje, że to wczoraj było, nie można to lak wyglądać, jak się wyglądało przed laty!...
— "Ależ ja tego nie mówię... Ten poczciwy Marsej!... Odbyliśmy z nim razem bitwę pod Austerlic.
— "Ah! byłeś pod Austerlic?
"Tak ! i chlubię się z tego — byłem potem w wielu innych potyczkach, a teraz odpoczywam."
Robino przestał na chwilę jeść lody z wanilia, i wyciągnął głowę, zęby się rozmawiającemu przypatrzeć — byłto pięcdziesiątlelni człowiek, którego twarz otwarta i ożywiona, nosiła blizny po kilku ranach, u fraka miał kilka orderowych wstążeczek — Robino spójrzał i pomyślał sobie: — " Dobrze on musiał" zapracować swoje ordery!"
— "W istocie, rzekł po chwili drugi rozmawiający — De Marsej wcale niejest stary; — równie jak ty wszedł za młodu do wojska; ale od tego czasu tyle się rzeczy odmieniło, że mi się zdaje, jakbyśmy przeżyli wieki — a mnie, moje wyprawy, stoją w pamięci, jakbym je wczoraj odbywał!"
— "To zupełnie, tak jak ja — pomy-