Dom biały. T.1 (Kock Paul)
Strona 46
mówić, chociaż, już językiem nie władnie — kiedy jaka kobieta goni mnie... i kiedy to spostrzegę — bo kiedy tego nie widzę zamykam na to oczy; ale kiedy ona mnie goni, mówie jej: Moja droga, wasani za mną ślad w ślad idziesz, ja tego nie lubię... jak zechcę być z tobą, to ci powiem... ale kiedy chcę z inną pomówić, twoja przytomność wcale mi do umizgów niepotrzebna: owszem odejmuje mi to wszystkie moje zdolności.
— "Brawo! brawo! odezwali się wszyscy śmiejąc — mówi jak Cycero drugi!
— "Teraz Szampana, mości panowie powiada Alfred.
— "Dobrze! Szampana !..
— "Tak! Szampana! wota Robino — zakładam się kto odemnie więcej wypije.. psie nigdy nie upiję.."
Korki od butelek poleciały w górę, piją Szampana, wszyscy razem mówie za-
czynają, i każdemu zdaje się, że go słuchają. Lecz wśród wrzawy i śmiechów Robino przemaga, bo od wszystkich najgłośniej krzyczy, a im mu mocniej wino we łbie kręci, tem mocniej rezonuje i dowodzi że się upić nie może.
— "Najdroższy przyjacielu, rzecze do Alfreda — ty ani się domyślasz, ze ja wiem o twoich miłostkach... o twoich zdobyczach — to jest o pięknej jednej brunetce, wdówce... nie powiem jej nazwiska, bo trzeba być wyrozumiałym... ale że musiałeś się dobrze koło niej zawijać, i że wzwyż pomieniona pani de Zerwil, chciała twojej stałości doświadczyć...
— "Pani de Żerwil!.. zkądże to wiesz ? gdzie poznałeś panie de Zerwil?..
— "Otoż naprzód nie powiadam, żeby to była pani de Zerwil... czyżem powiedział nazwisko?... wszak nic, moi pano-wie?