Dom biały. T.1 (Kock Paul)
Strona 49
czyna!... prawdziwy grenadijer!.. nigdy nikomu nie odmówi... notabene kiedy jej się kto podoba. — "A tyś jej się pewno podobał do razu?...
— "Ah! naturalnie! tylko żem się wprzódy za nią wybiegał.. com sie jej pudełek nanosił, co grajków napłacił!... o! płaciłem!... ona to lubi — Franusia!.. Nie to nic szkodzi, mości panowie — jej zdrowie!...
— "Zdrowie Franusi!..." powtarzają wszyscy. Ten toast go rozrzewnia, wyjmuje chustkę z kieszeni dla otarcia łez, lecz wyciągając ją rozsypuje po siole i po ziemi ciasteczka zgniecione jak papierki. Smiech powszechny. Alfred wyjmuje ciasteczka z drugiej kieszeni na talerz, wota: "Otożto przewidujący człowiek! desser miał w kieszeni!...
— "I! moi panowie; odmruknął Robi-
no, którego niemym na chwilę uczynił widok ciastek — to dla mego kanarka ! to dla kanarka Franusi, który paple jak kos, a co gada!... Zresztą pojmujecie, że to tylko jest żarcik, zakład. Mało dbam o to... nawet strata dwódziestu pięciu franków mało mie obchodzi...
— "Zdawało misie, odezwał się Alfred, żeś był przegrał sto talarów?
— "Otoż to! kancelista mający pensii tysiąc pięćset franków! byłoby to więcej niż dwómiesięczna pensija!
— "Mylisz się, dostaniesz pewno sto luidorów i stopień...
— Ach! dajże mi pokój z niemi!.. a co się tycze stopnia, to mój szef, któryby wszystkiemu rad rozkazywać, jeszcze dziś rano mi mówił, ze kiedy lepiej pisać nie będę, to mię odprawią z kwitkiem. Dobrze to jemu tak mówić, kiedy gryzmoli jak kura, a ma sześć tysięcy franków do-