Dom biały. T.1 (Kock Paul)
Strona 57
gim dobrze — Nie źlebyś więc zrobił, gdybyś..."
Robino, którego koniec tej Alfreda przemowy niecierpliwić się zdawał, przechodził się po pokoju, mrucząc;. nakoniec przerwał: " Dobrze! tak!... wdzięczen ci jestem za radę... lecz pochlebiam sobie, ze równie jak i kto drugi, mój majątek utrzymać potrafię. Dajmy temu pokój, mój przyjacielu, myślmy tylko o balach, zabawach... Mnie się zdaje że bogatym, życie strumieniem roskoszy płynąć musi... Kończże to ubieranie i chodź ze mną... proszę cię do kawiarni Angielskiej, do Very, gdzie chcesz..."
— "To już zapóźno, mój kocham, ja jesieni po śniadaniu."
— "I cóż to szkodzi... pójdziesz ze raną na drugie..."
— "O! nie!., cóż to? myślisz że bo-
gaci mogą jeść dzien cały i nic im to nie zaszkodzi?..."
— "Tam do djabła!... to szkoda!... Ja piłem już kawę i herbatę, ale chcę zjeść jeszcze-cokolwiek gotowanego... bo to modnie-j.;. O! co się tycze mody i zwyczajów, Alfredzie, to muszę twojej rady zasięgać... Wiem że ty idziesz za modą....
i ja chce także- ściśle sio do niej stosować.... Dwadzieścia pięć tysięcy franków !.. czy pojmujesz ty cały ogrom szczęścia mojego?"
— "Na honor, z serca ci tego winszuję... bo zresztą, jesteś dobry chłopiec..."
— "O! gdybyś ty wiedział, ile to już mojej głowie jest zamysłów!... tyle
juszę narobić, że sam niewiem od czego jcząć!... Ale proszę cię... chodźmy na Badanie; będziesz udawał, że jesz. "Mieli wychodzić, kiedy Edward wszedł