Dom biały. T.1 (Kock Paul)
Strona 58
do Alfreda; Robino nie daje mu czasu do przywitania, skacze mu na szyję, ściska go i opowiada mu zmianę swego losu. — Edward najspokojniej winszuje mu, a Robino nie pojmuje, jak ta nowina moie na nim lak małe robić wrażenie; jemu się zdaje, że wszystko, co go otacza, powinnoby być w zachwyceniu, w odurzeniu, dowiadując się, że on ma dwadzieścia pięć tysięcy liwrów dochodu.
— "Właśniem cię chciał prosić na śniadanie," rzeki Edward do Alfreda. Nie dając mu odpowiedzieć Robino, porywa Edwarda za rękę, wołając: " Prowadzę cię,... jemy razem śniadanie i obiad, jeśli czas macie, przy stole opowiem wam moje piany... moje myśli... Tę suknię, wczoraj wieczór kupiłem gotową... łąk mi było pilno ustroić się w co nowego — wszakże nieźle leży — hę?... Chodźmyż, zobaczycie moja karijolkę..."
— "Właśniem cię chciał prosić na śniadanie," rzeki Edward do Alfreda. Nie dając mu odpowiedzieć Robino, porywa Edwarda za rękę, wołając: " Prowadzę cię,... jemy razem śniadanie i obiad, jeśli czas macie, przy stole opowiem wam moje piany... moje myśli... Tę suknię, wczoraj wieczór kupiłem gotową... łąk mi było pilno ustroić się w co nowego — wszakże nieźle leży — hę?... Chodźmyż, zobaczycie moja karijolkę..."
— "Cóż to?... takżeś to prędko kupił już konie i karijolkę?"
— "Nie, nim kupię — nająłem tylko. Potrzebuję innego mieszkania, gdzież wpakować karijolkę na czwarte piętro, do mojego mieszkania;... muszę sobie nająć ze stajnią... z wozownią... Jezus! Marija, co tu do roboty!... Anim myślał, żeby majątek tyle wymagał zatrudnień."
Alfred i Edward patrzą się na siebie uśmiechając, i idą za panem dziedzicem, który jednej chwili na miejscu wytrzymać nie może, i biega po pokojach jak warjat. Zchodzą ze schodów, Robino bieży naprzód, woła służącego, i każe mu stanąć za powozem.
— "My tego konia zamordujem, odzywa się Alfred, ja mógłbym wziąć swój pojazd dla mnie i Edwarda."
— "A broń Boże! odpowiada Robino, musimy być razem... Konia mam mocne-
— "Nie, nim kupię — nająłem tylko. Potrzebuję innego mieszkania, gdzież wpakować karijolkę na czwarte piętro, do mojego mieszkania;... muszę sobie nająć ze stajnią... z wozownią... Jezus! Marija, co tu do roboty!... Anim myślał, żeby majątek tyle wymagał zatrudnień."
Alfred i Edward patrzą się na siebie uśmiechając, i idą za panem dziedzicem, który jednej chwili na miejscu wytrzymać nie może, i biega po pokojach jak warjat. Zchodzą ze schodów, Robino bieży naprzód, woła służącego, i każe mu stanąć za powozem.
— "My tego konia zamordujem, odzywa się Alfred, ja mógłbym wziąć swój pojazd dla mnie i Edwarda."
— "A broń Boże! odpowiada Robino, musimy być razem... Konia mam mocne-
www.niepublikowany.pl