Dom biały. T.1 (Kock Paul)
Strona 59
go;..: a kiedy zachoruje, to jutro będzie drugi... O ! mnie wszystko służy na palcach... Franciszku stań z tyłu. ja wieść będę..."
Siadają, Robino w środku, bierze lejce i chce powozić, bo mu się zdaje ze bogaci wszystko umieć muszą. Chłoszcze konia co sit, targa w prawo i lewo, męczy go, a on co chwila przechodzących lub trotuary zaczepia, a kiedy towarzysze śmieją się z jego kłopotu i ze sposobu wożenia, on mijając wózek jakiś zaczepia kotem o fiakra.
Woźnica klnie i krzyczy, ie trzeba być gapiem, żeby mu w koło wjechać; Robino klnie także, żeby się zdawało, ze nic nie winien, jednak przekleństwa nić nie pomagają, a widząc że sobie rady nie da,
oddaje lejce Alfredowi, mówiąc: — "Mój przyjacielu, wieź bądź łaskaw... bo ja
tak jestem, zajęły memi interessami, że mógłbym się o drogę pomylić."
Z laski Alfreda oswobodzili się przecie od fiakra, przybywają bez przypadku do Pale-Rojal. Idą do Bowilie, Robino każe dawać co jest najdroższe, i gdyby go dwaj jego towarzysze nic wstrzymywali, kazałby dać śniadanie na dwadzieścia osób, i krzyczałby w niebogłosy, że ma dwadzieścia pięć tysięcy dochodu.
— "Ale, ale... odezwał się Alfred — a Franusia, nic wspomniałeś nam o niej!... musi być bardzo rada z tej losu przemiany ?..."
— "Franusia!..: rzecze roztargniony Robino, nic miałem czasu widzieć się z nią odtąd jak byłem u Notarijusza.. — u mego Notarijusza!... czy uważacie panowie jak to brzmi pięknie! u mego Notarijusza!.."
— "Jakto? Panie Robino ! powiada Edward, nie miałeś czasu oznajmić o swo-