Dom biały. T.1 (Kock Paul)
Strona 63
nie wyszedł; ale dopiero pierwsza, a na teatr idzie się wieczorem.
— "Pojedziem konno z Edwardem, rzecze Alfred do Bulońskiego lasku.
— "Konno! woła Robino — do djabła! to możnie... Jadę z wami.
— "A czyż siedzieć na koniu potrafisz?
— "Bądź spokojny... śmiesznieby było żeby człowiek mający 25,000 intraty, nie umiał jeździć konno.
— "Kiedy tak, to chodź z nami, pożyczę ci mojej kłaczki, która ma kłus leciuleńki.
— "Wybornie! będę ciągle jechał galopem — Ale przyjaciele moi! nim wyjdziem, jeszcze jedno słówko — będę was prosił o jednę łaskę?
— "O cóż?
"Nienazywajcie mnie już Robino. tylko po imieniu Julijuszern.... to jakoś znamieniciej... to brzmi przyjemniej.
— "Będę cię nazywał panem Margrabią Julijuszem, jeśli chcesz; rzekł śmiejąc się Edward.
— "A ja, dodał Alfred, będę cię wołał jak mi przyjdzie do głowy.
— "Staraj się więc, żeby ci tylko Julijasz przychodził do głowy, bardzo cię o to proszę."
Powracają do Alfreda tą razą piechotą, bo pomimo próśb pana R. obino, dwaj przyjaciele nie życzą sobie wcale dusić się w jego karijolce. Nowy bogacz odsyła nakoniec pojazd, i idzie z przyjaciółmi piechotą; lecz w drodze takie miny wyrabia, że towarzysze jego od śmiechu wstrzymać się nie mogą. Nie raczy nawet spojrzeć na nikogo, nikomu nic ustąpi z drogi, owszem zdaje mu się, ze wszyscy przechodzący powinni mu wszędzie ustępować; inaczej jednak się dzieje, bo jego napuszona i zuchwała mina niko-