Dom biały. T.1 (Kock Paul)
Strona 66
kapelusza, wszedł do kawiarni. Tam spostrzegli go dwaj towarzysze. — "Cóż to spadłeś?" rzekł Alfred uśmiechającsię, widząc zę Robino nie skaleczył się wcale.
— "Tak, tak! nie mogę się temu wydziwić!... bo też lecieliście z wiatrami! Mój koń, chce iść za waszymi, unosi mnie... Ty mi powiadasz abym go puścił, a ja tak cię dobrze usłuchałem, żem zleciał... bo ja też wam nie mówiłem, że jeżdżę jak Pol, jak Frankoni!..
— "Tegośmy się domyślili. No, czy siądziesz jeszcze?
— "Nie, do nóg upadam, na dzisiaj dość mi i tego. Prócz tego, mam pewne miejsce trochę nadwerężone; — jedźcie sobie; ja na was tu będę czekać, przeczytam afisze... a że ja chcę kupić sobie jaką posiadłość, ogłoszenia te więcej mie daleko zajmują, jak Buloński lasek."
Przywiązują klaczkę, dwaj przyjaciele odjeżdżają, a Robino biorąc dla ochłodzenia się szklankę wody z cukrem, przerzuca ogłoszenia przedaży, lecz rusza tylko ramionami i mruczy: — "To  za mało! 20,000 franków! 40,000 franków!... to ciupki!... Mnie trzeba coś lepszego! Gołębniki!... ogrody!... Na co mi się to zdało?... ja nie kupuję majątków dla gołębi i śliwek! ale dla tego, żeby mnie nazywano panem de.. lub de Ia... od imienia posiadłości... Oho! ho ! 80,000 franków; to coś lepszego; ale cóż łąki, folwarki... nie będę dawać balów w folwarkach! Ah! a! przecież!... zamek!.. jeden... dwa zamki!.. dwanaście apartamentów pańskich !... tego chciałem... jakaż cena?... 300,000 franków... 240,000 franków;... co za śmieszna cena, kto to widział!... zdaje mi się, że powinnyby być tańsze dla amatorów."